MARYJANE • ROSEMARY

Krótka historia Rosemary

Dokładnych dat nawet najstarsi Indianie nie pamiętają, ale przyjęło się uważać, że zespół Mary Jane założony został w okolicach jesieni 1993 roku, kiedy to na wspólnych pogrywaniach zaczęli bardziej regularnie spotykać się gitarzysta Andrzej Horoch, perkusista Mirek Orgasinski i basista Roman Jaborkhel. Oczywiście, wymienione tu tytuły czy funkcje w tamtym czasie mogły brzmieć nieco na wyrost, ponieważ właściwie każdy z nich był dopiero w początkach eksplozji swoich muzycznych talentów, czy to samorodnych, czy podpartych ściągniętymi z Intern… O nie! Nie tak prędko! W tamtych czasach nawet jeszcze nie śniło się o tym, co dzisiaj jest dla nas codziennością, a wszelkie kursy i lekcje gry na instrumentach trzeba było zdobywać w sklepach muzycznych w postaci opasłych ksiąg z kursami gry na instrumencie lub od bardziej doświadczonych kolegów, którzy chętnie dzielili się swoją wiedzą… Wracając do tematu, mamy już trzech muzykantów – solidny trzon i fundament zespołu, czas na kolejnych… Dołącza więc do nich gitarzysta rytmiczny Mariusz Stanisławek, pierwszy w zespole, który posiada własną, niepowtarzalną ksywkę: „Biały”, a niedługo potem – gdy na niebie już była wiosna 1994 roku, pierwszy wokalista Marek Krzykała. No bo co to za zespół, co tylko gra, a mało śpiewa… Nie było tak źle, bo chłopaki już wcześniej tworząc piosenki myśleli o tekstach, śpiewali je, ale brakowało kogoś, kto zrobi to za nich, żeby mogli się skupić bardziej na graniu. A było z tym też ciekawie, bo wokalista musiał nauczyć się tekstów po angielsku. Jest to znamienny fakt, oznaczający, że już wtedy, u zarania dziejów dalszej kariery każdego z nich, byli już myślami na międzynarodowych scenach, śpiewając utwory zrozumiałe dla właściwie połowy świata! Pamiętajmy, że w tamtym roku było nas 5,5 mld ludzi na planecie Ziemia i trzech na stacji orbitalnej MIR! Całe szczęście, że język angielski nie był problemem dla wokalisty, a gorzej, że czasem czyste śpiewanie mogło być problemem, ale kto by się tym wtedy przejmował? Było szaleństwo, była młodość, były pasje, były też koncerty. Pierwszy oficjalny koncert, taki z plakatami z nazwą zespołu i przypadkowymi ludźmi, Mary Jane zagrało w czerwcu 1994 roku podczas „festiwalu” młodych zespołów w IX LO im. M. Kopernika w Lublinie. Nieskromnie można powiedzieć, że dostał najlepsze przyjęcie publiczności, która wymusiła blisko półgodzinną wersję Dylanowskiego „Knockin’ on Heavens Door” w adaptacji Guns N’ Roses, którą zespół miał w swoim repertuarze. Wspominając o repertuarze to były to utwory zarówno własne, jak i tzw. covery. Mniej więcej pół-na-pół, ale jednak z przewagą własnych utworów. Zespół wciąż szlifował swoje umiejętności, dopracowywał nowe utwory w garażach czy suterenach w okolicach lubelskiego Węglina Północnego i Konstantynowa grając od czasu do czasu na różnych koncertach okolicznościowych – czy to w ramach walki z narkomanią w DK Kolejarz (grudzien 1994), jedna z pierwszych edycji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Graffiti (styczen 1995), czy też pojawiając się na cyklicznych przeglądach zespołów rockowych typu „Staś” (przegląd w I LO im. Staszica, w 1994 jako „gwiazda”, ponieważ Andrzej Horoch był organizatorem i w 1995 jako uczestnik – nagroda: wyróżnienie), eliminacje do Kozienaliów (wyróżnienie), FAMA (wyróżnienie), a także grając serię cotygodniowych koncertów w lubelskich klubach na Starym Mieście poczas wakacji 1995 r. Ważna zmiana nastąpiła w początkach 1995 roku, kiedy do eliminacji do WOŚP w TV3 Lublin stawiły się dwa zespoły o nazwie Mary Jane. Jako, że zespół zawsze kierował się zasadą wspaniałomyślności i wspierania słabszych w potrzebie, uznano, że nazwa zostanie zmieniona na ROSEMARY. W połowie 1995 roku w zespole dochodzi do pierwszej zmiany personalnej i na stanowisku gitarzysty rytmicznego Białego zastępuje Mrówa. Tradycji staje się zadość, człowieka z ksywką zastępuje człowiek z ksywką. Sebastian Mrówczyński wprowadza do zespołu świeży i energetyczny powiew, który owocuje tym, że zespół zaczyna stawiać na bardziej ambitne rytmy i teksty w swoich utworach oraz coraz poważniej zastanawia się nad zdobyciem uznania drugiej połowy świata (w tamtym czasie wciąż liczbę ludzi ocenia się na 5,5 mld). Wkrótce do zespołu dokooptowane zostają dwie dziewczyny, których zadaniem jest wspieranie filaru wokalnego, co związane jest tzw. poważnym podejściem do wykonywanej muzyki. Kasia Wachowska i Monika Rękas (wtedy Klępka) przydały zespołowi jednocześnie łagodności (jak to kobiety potrafią) i tzw. „pazura” (jak to kobiety potrafią). Dotychczasowe utwory zyskały nowych, ciekawych barw, a powstające w tym czasie nowe „kawałki” nosiły już cechy bardziej dopracowanych, bardziej przemyślanych, zarówno w warstwie tekstowej, ale przede wszystkim w muzycznej… W muzyce zespołu dała się zauważyć bardzo ciekawa melodyjność, sposób „prowadzenia” gitar, który na rynku muzycznym – tym lansowanym w mediach był bardzo charakterystyczny w latach wiele późniejszych – przełom wieków i wczesne lata 2000… Już w tym momencie można mówić, że Rosemary muzycznie zaczęło wyprzedzać swoją epokę. Pod koniec roku, w grudniu 1995 roku, tuż przed świętami, kiedy nasze matki zastanawiają się nad tym co postawić na wigilijnym stole, ich siedemnastoletni synowie zaszywają się w jakimś wyłożonym jajecznymi wytłaczankami studio nagraniowym i między godzinami 21:00 a piątą nad ranem nagrywają swoją pierwszą pełną kasetę demo… którą natychmiast chowają głęboko przed światem i przez wiele lat wspominają o niej ze wstydem i zażenowaniem… Niedoświadczeni muzycy i ich dzikie serca nie były przygotowane na kolejne „ujęcia” nagrań, przez co, kiedy dochodziło do któregoś-dziesiąt z kolei przestali panować nad tempem grania. Ostateczny produkt okazał się zagrany o wiele szybciej niż utwory miały mieć w zamierzeniu, ale gwoździa do tej „trumienki” nabił też wokalista, gdyż na nagraniu bezlitośnie ukazały się braki warsztatowe i niedociągnięcia, które na pierwszej linii frontu zdarzać się nie powinny. Rosemary jeszcze pół roku koncertowała po różnych klubach, festiwalach – kwalifikując się między innymi do pierwszej (i jedynej) edycji Non Stop Rock Fest (dzięki wyróżnieniu z eliminacji do Kozienaliów). Non Stop Rock Fest był festiwalem organizowanym przez Igora Jaszczuka i klub Jazz Pizza, w którym co tydzień w klubie grały różne zespoły, z których wyłaniano zwyciężcę miesiąca. Los sprawił, że Rosemary znalazło się w gronie z odnoszącym wtedy międzynarodowe sukcesy More Experience, a system głosowania wskazał jednoznacznie na zwyciężcę mniej doświadczonych muzyków. Ostatecznie, tzw. kompromisem, oba zespoły zostały zakwalifikowane do wielkiego finału, który wygrał More Experience. Przypadek? Nie sądzę
Na początku maja 1996 dochodzi do wydarzenia, które dla nastoletnich muzyków w tamtym czasie było niemal kwintesencją, spełnieniem marzeń, Wielkim Osiągnięciem – Rosemary gra swój pierwszy koncert w klubie Hades, w piwnicach lubelskiego Centrum Kultury. Nie wiem, czy należy w tym miejscu opisywać jak doniosłe i ważne znaczenie miało to dla każdego młodego zespołu muzycznego. Pojawić się na scenie, na której wcześniej stąpali Wielcy Muzycy to było COŚ! Niestety, nie istnieją żadne nagrania z tego koncertu, gdyż akustykowi AKURAT WTEDY musiał się zepsuć magnetofon… Czy ktoś pamięta jeszcze magnetofon? Ale, biorąc pod uwagi poprzednie wpadki nagraniowe – może to i dobrze? Niedługo po koncercie, jeszcze w maju 1996 dochodzi bowiem do wiekopomnej zmiany personalnej w zespole – wokalistę Marka Krzykałę zastępuje wokalista Jarosław Zwierz. Wcześniej znany był z posady basisty w innym, mniej znanym zespole lubelskiej sceny, ale w jakiś sposób dał się poznać swoją niezwykłą manierą wokalną. Trudno jednoznacznie ocenić, ale nawet na tamte czasy było to coś niecodziennego. Coś jak połączenie Micka Jaggera z Andrzejem Piasecznym, Deco Cuffe (z filmu The Commitments) z Dave’m Pirnerem z Soul Asylum (udzielającym swojego głosu w utworach z filmu Backbeat). Nie można zapomnieć o klawiszowcach, którzy w tym czasie czynili muzykę zespołu niesamowicie przestrzenną, zwłaszcza, że nie były to jakieś przypadkowe ręce, lecz prawdziwi profesjonaliści-amatorzy: Adam Ziomka i Andrzej Dethloff, którzy naprzemiennie pojawiali się, za każdym razem czyniąc cuda na instrumentach klawiszowych podczas występów Rosemary. W każdym razie, głos Zwierza, po przearanżowaniu kilku dotychczasowych hitów oraz po skomponowaniu kilku nowych zdobywa serca publiczności podczas dwóch kolejnych występów we wspomnianym Hadesie – w październiku i grudniu 1996. Oba koncerty zostały zarejestrowane, funkcjonują w mniej lub bardziej oczyszczonych wersjach na kasetach magnetofonowych, plikach mp3, i wciąż u słuchających wywołują dwie, naprzemiennie występujące reakcje: 1. „Ja pie**olę, jakie to PIĘKNE!” i 2. „Ten zespół pojawił się za wcześnie lub wyprzedził swoją epokę!”.
Trudno powiedzieć cokolwiek o historii Rosemary w kolejnym, 1997 roku, gdyż zaczyna się ona dosłownie rozmywać… Wiadomo przynajmniej o jeszcze jednym występie, w eksperymentalnym składzie z niezapamiętaną już dzisiaj wokalistką… Zespół nie dokonał nigdy oficjalnego zakończenia, nie powiedział „STOP” w konkretnym dniu. Ścieżki muzyków się po prostu rozbiegły, czy to po różnych innych zespołach, czy to po prostu w stronę karier zawodowych i zabrakło czasu na kontynuowanie muzykowania.

Stąd, kiedy po 20 latach, po odnalezieniu się na Facebooku, padł pomysł: „zróbmy sobie foto, takie samo, jak zrobił na fotograf kiedyś!” (co ciekawe, na tym zdjęciu mieliśmy mniej lat, niż ich minęło od tamtego czasu ), i wszyscy członkowie zespołu zjechali się do Lublina z odległych stron świata – Warszawa, Tarnobrzeg, Kraków, Barcelona, to nie było najmniejszego problemu ze zrobieniem kolejnego kroku: „zagrajmy coś, jak kiedyś”… I tak od słowa do słowa, od dźwięku do dźwięku, po zaledwie 3 próbach, po roku od wspomnianego spotkania, zagrali razem w Wirydarzu Centrum Kultury, na 40-tych urodzinach Romka Jaborkhela. Tak właściwie to dla każdego z nich były to obchody ich własnych 40-tych urodzin, gdyż niemal wszyscy są z tego samego rocznika, magicznego 1977 roku. No, Mirek się spóźnił o 4 dni . Zagrali tuż obok tego miejsca, które do tej pory czczą w pamięci. Był to występ, który nie tylko podniósł poziom endorfin na dawno niespotykane, wysokie poziomy, ale też wywołał apetyt na kolejne – więc niewykluczone, że to nie koniec historii Rosemary. W końcu, przecież, ten zespół nigdy oficjalnie nie zakończył działalności!

 

Marek Krzykała

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *